14 listopada 1905 r. –  Consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore

Edmund Tarantowicz ps. Albin

1885 – 1909

Od piętnastego roku życia (1900 rok) pracował w fabryce wag Hessego w Lublinie. W 1906 roku zapisał się do Polskiej Partii Socjalistycznej. Występował pod pseudonimami: „Albin”, „Edmund” bądź „Ludwik”. Na wiosnę 1906 roku został wyznaczony na instruktora okręgu bojowego Warszawa Podmiejska. W październiku tegoż roku trafił do więzienia lubelskiego, a następnie przekazano go władzom wojskowym celem odbycia służby. W tym czasie, na podstawie carskiego postanowienia z 1874 roku, służba wojskowa w wojskach lądowych trwała aż sześć lat. Po jej zakończeniu Edmund byłby już bezużyteczny dla Organizacji Bojowej, choćby ze względu na zerwane przez ten czas kontakty. Działacze OB PPS nie mogli pozwolić sobie na utratę aktywnego i skutecznego bojowca, dlatego podjęli ryzyko odbicia go. Został przejęty przez bojowców PPS w Łapach. Zaczął aktywnie działać w Płocku, Łodzi, Radomiu, Kielcach, Zagłębiu Dąbrowskim i w Częstochowie. Towarzyszył tak znanym działaczom PPS, jak Tomasz Arciszewski czy Edward Gibalski. Edmund Tarantowicz brał udział w planowaniu i w samych działaniach akcji napadu na rosyjski pociąg pocztowy pod Bezdanami 26 września 1908 roku. W podobnym czasie tą trasą miał przejeżdżać pociąg z carem Mikołajem II. Carska Ochrana wiedziała o planach napadu na pociąg i być może przejazd cara miał być prowokacją wobec PPS. Carscy policjanci o planach PPS dowiedzieli się właśnie od Edmunda Tarantowicza, który w dniu 25 kwietnia 1908 roku został ranny w przypadkowej strzelaninie w Ostrowcu Świętokrzyskim i wpadł w ręce Rosjan. Pod wpływem tortur został zmuszony do wydania ok. 70 działaczy PPS i zdradzenia znanych sobie szczegółów planowanej akcji.

            Edmund Tarantowicz w dniu 27 kwietnia zeznał, kto z członków PPS ma zamiar wziąć udział w akcji. Zeznania „Albina” pozwoliły określić Ochranie rejon Wilna jako miejsce napadu. Być może Ochrana wzięła planowaną akcję za próbę zamachu na samego cara.

            Wkrótce po zakończonej sukcesem dla PPS akcji pod Bezdanami, rozpoczęły się aresztowania członków tej partii, którzy brali udział w napadzie. W kierownictwie partii zaczęto podejrzewać Tarantowicza o zdradę planów. Wydano na niego wyrok śmierci. Miał go wykonać Berthold Breitenbach. Nie udało mu się to, a już w styczniu 1909 roku Tarantowicz przybył do Krakowa (prawdopodobnie w towarzystwie dwóch agentów żandarmerii), sam stawił się w siedzibie PPS przy ulicy Szlak 6 i przyznał się do współpracy z Ochraną. Dokładnie zeznał, jakie informacje przekazał Ochranie i kogo „wsypał”.

            Tarantowicz wyraził skruchę i wyjawił motywy swojego postępowania:

„Motywem, dlaczego zeszedłem z drogi prawej był nie strach o utratę życia, które mogłem stracić w akcjach bojowych, ale niemożliwość zniesienia mąk, któremi mię zmuszano do zdrady. Chęć wyrwania się z rąk ochrany była u mnie od pierwszej chwili prawie, gdy znalazłem się pod strażą, ale już na wolności. Opieka ta była bardzo uciążliwą i ja bałem się przy ucieczce być złapanym, postanowiłem uciekać z jak najmniejszym ryzykiem. […] Wskazówki dawałem i sypałem tylko wtedy, gdy to czynić byłem zmuszony. […] byłem zmuszony mówić na ludzi, z powodu tego, iż ktoś powiedział, że niech zapytają się mnie, gdyż ja powinienem o tem wiedzieć”.

            W partii wiedziano, ile osób zostało aresztowanych przez zeznania Tarantowicza. Nie uwierzono więc tym tłumaczeniom i potwierdzono wydanie na Tarantowicza wyroku śmierci. Na wykonawców wyroku wybrano Kazimierza Pużaka i Henryka Minkiewicza. Miejscem egzekucji miał być Rzym. „Albinowi” powiedziano, że wybaczono mu jego zdradę ze względu na wcześniejsze zasługi, ale musi wyemigrować do Ameryki. Na statek miał wsiąść w Genui, a Pużak i Minkiewicz mieli mu towarzyszyć w drodze do Włoch. W drodze zatrzymali się w pensjonacie w Rzymie. Cała trójka na obiad jadła śledzie. Tarantowicz po spożyciu słonego posiłku sięgnął po karafkę z wodą. Pużak i Minikiewicz dosypali tam wcześniej kwas pruski, czyli cyjanowodór. Trucizna szybko zadziała i Tarantowicz zaczął krzyczeć. Pużak z Minikiewiczem obawiając się pojawienia się świadków, nie czekali na powolną śmierć dawnego towarzysza broni, tylko zasztyletowali „Albina”. Ciało włożyli do kufra. Policja włoska znalazła trupa dopiero po kilku dniach. Na koszuli Edmunda odczytano markę jednej z krakowskich firm. Przedstawiciel włoskiej policji przybył do Krakowa i po konsultacji z władzami austriackimi, a także na podstawie odcisków palców denata zidentyfikowano, że trup w szafie to ciało Edmunda Tarantowicza, a za zbrodnie odpowiada PPS.

            Jeszcze zanim zidentyfikowano zwłoki, sprawa tajemniczego morderstwa stała się głośna w prasie polskiej i zagranicznej. W „Tygodniku Ilustrowanym” zamieszczono dwa zdjęcia denata i napisano: „W małym pensyonacie rzymskim spełniono […] tajemniczą zbrodnię, której ślady tak dobrze zostały zatarte, że odkryto ją dopiero po trzech tygodniach. Zamordowany, jak się zdaje, Polak, ofiara zemsty politycznej, został otruty kwasem pruskim, a następnie zwłoki jego wtłoczono do wielkiego kufra. […] Ponieważ nie stwierdzono jego osobistości, ważne jest szerokie rozpowszechnienie tego wizerunku, który może naprowadzić na ślad, kim był zamordowany”.

            Trudno stwierdzić, czy skrucha i chęć powrotu do PPS były ze strony „Albina” szczere. Wspomnienia Stanisława Nowosińskiego, który spotkał się z Edmundem sam na sam w pokoju obok gabinetu naczelnika Ochrany w Warszawie świadczyłyby o szczerości intencji dawnego bojowca. Nowosiński pisał: „Kiedy znaleźliśmy się w pokoju […] usiadłem sobie na stole, a Tarantowicz oparł się o ścianę. Przez kilka minut panowało milczenie, a gdy spojrzałem na Tarantowicza, który patrzył na mnie, zobaczyłem na jego policzkach duże łzy. Zacząłem mu się przyglądać, chcąc wywnioskować, czy to jest z jego strony tylko manewr, czy żal i skrucha. Wtedy on zaczął mówić cichym i jakimś dziwnie smutnym głosem: <Wiem, że wszelkie tłumaczenie nie może być usprawiedliwieniem moich czynów i że winy moje nie mogą mi być wybaczone przez partię i moich dawnych towarzyszy. Jednakże chciałbym, by moi dawni towarzysze nie myśleli, że to, co się stało, stało się z mojej strony rozmysłem, i że to robię, robię z chęcią, i że za czyny swe nie żałuję. […] Ja, będąc zupełnie wyczerpany na skutek pobicia […] poddałem się biernie ich żądaniom. Dziś jednak jest moim dążeniem, bym mógł wyrwać się z rąk Ochrany, lecz jest to zadanie bardzo trudne, gdyż jestem stale pod ścisłą obserwacją, ale mam już gotowy plan ucieczki, który w ciągu dwóch tygodni doprowadzę do skutku […].

            Pewne przesłanki świadczące o szczerości zamiarów Tarantowicza widział także Władysław Pobóg-Malinowski, autor „Akcji pod Bezdanami”. O zachowaniu „Albina”, podczas rozmowy z Nowosińskim, napisał: „Trudno przypuszczać, by rozmowa ta i łzy były tyko manewrem. Zagryzać istotnie musiały go wyrzuty sumienia”. Zdaniem Malinowskiego również przyjęcie propozycji wyjazdu do Ameryki świadczy o szczerości skruchy dawnego bojowca.

            Ciężko w świetle znanych opracowań jednoznacznie przesądzić o winie, bądź jej braku, Edmunda Tarantowicza. Faktem pozostaje, że w rodzinie Tarantowiczów był postacią najbardziej „wplątaną w wielką historię”.

 

Źródło: Jakub Tarantowicz, Genealogia Tarantowiczów, Łódź 2011.

Bądź na bieżąco

Newsletter

Chcesz dostawać od nas informacje o najnowszych wydarzeniach, wystawach i artykułach? Zapisz się!

Dziękujemy za zapisanie się do naszego newslettera

Skip to content